NIE-NIESZCZĘŚLIWA – Jak żyć?

– M. … Nie mam weny!

– Już do Ciebie nic nie mówię, pisz sobie, pisz.

– Ale ja nie mogę! Wenę ma się tylko jak się jest nieszczęśliwym.

– To co? Chcesz być nieszczęśliwa?

 

I wtedy coś sobie uświadomiłam…

 

Że ja nie mam pojęcia jak to jest być NIE-NIESZCZĘŚLIWĄ.

 

Bo przez 26 lat mojego życia zawsze czułam się taka jakby „trochę nieszczęśliwa” lub „bardziej nieszczęśliwa”. Nie, to nie jest tak, że ja miałam do tego zawsze jakieś szczególne powody. W moim życiu układało się niejednokrotnie wspaniale! Po prostu poczucie „nieszczęścia” było mi bliższe niż poczucie „szczęścia”. Zawsze coś było źle, nie-tak, przykro i w ogóle na nie. Zawsze byłam taką niespokojną duszą, która potrzebowała emocji, tych negatywnych oczywiście. W pewnym stopniu może się nawet uzależniłam od tego całego „nieszczęścia”. Kojarzycie nową piosenkę Chylińskiej – Królowa Łez? Ooo tak, byłam taką Królową Łez! Królową swojego Nieszczęśliwego Królestwa.

 

A teraz siedzę sobie na sofie, macham nogami w wielkich, kolorowych skarpetach i chciałabym napisać o trudach i znojach życia, co zawsze przychodziło mi z wielką łatwością, bo moje serce i dusza przepełnione były nostalgią, niemocą i goryczą do doczesnego świata. Ale nie… nie potrafię. Bo po raz pierwszy od lat stałam się spokojna. Nie, że jakaś ekscytująco szczęśliwa. Właśnie nie. Ale po prostu NIE-NIESZCZĘŚLIWA. Zaczęły cieszyć mnie przyziemne sprawy typu – co ugotować smacznego dziś na obiad, albo gdzie pójść na spacer w niedzielne południe i ,że kupiłam sobie dziś ładny kubek na herbatę. I naprawdę nie chodzi o to, że w moim życiu coś wybitnie się zmieniło (choć faktycznie miłość dodaje skrzydeł), ale głównie o to, że przez ostatni rok opanowałam wreszcie swoje emocje.

 

Mój dzień nie składa się zatem z chwilowych uniesień przeplatanych aktami dramatu. Mam więcej czasu na to, żeby cieszyć się po prostu życiem. Nie ma w nim specjalnych rewelacji. Nie spełniłam marzeń o wielkiej karierze piosenkarki, nie osiągnęłam zawodowego spełnienia, daleko mi do choćby części zrealizowanych celów i pragnień. Za sobą mam masę błędów i spapranych decyzji. Ale mimo to, nie unieszczęśliwia mnie to. Potrafię skupić się na małych rzeczach. Wybierać w ciągu dnia jak najwięcej drobnych radości. Jestem spokojna, nawet jeśli wokół zbiera się na burzę. Dawniej karmiłabym się tymi wszystkimi porażkami i rosła w nie na potęgę.

 

Staram się zostawić przeszłość za sobą, ale czasami jest to ciężkie. Zwłaszcza w takich momentach, kiedy nie poznaję samej siebie. Zastanawiam się wtedy, jak ja mogłam tak żyć. Przez tyle lat. Dlaczego ktoś nie podszedł do mnie, nie potrzepał mną, albo po prostu nie walnął mnie w głowę! Albo dlaczego ja tego nie widziałam tak, jak widzę to dzisiaj. O ile łatwiej i przyjemniej mogło wyglądać moje życie, gdybym wiedziała to wszystko, co wiem i umiem dziś. Nie zwyklinałabym wszystkich na obronie licencjatu, nie rzuciłabym ciastem w stronę ówczesnego chłopaka, ani nie zmarnowała tyle drogiego tuszu do rzęs.

 

W takich momentach zastanawiam się, jak mogłam sobie wtedy pomóc i czy w ogóle mogłam to zrobić. Czy to nie jest przypadkiem tak, że na pewnych etapach życia nie jesteśmy po prostu gotowi, żeby to zrozumieć? Może w naszym życiu musimy napaskudzić, nabałaganić, wywalić się tysiąc razy i poznać wszystkie 50 twarzy samego siebie, żeby wybrać tą najlepszą?

 

Podobno ludzie na skutek refleksji i doświadczeń życiowych zmieniają się, co siedem lat. Z moich doświadczeń nie zawsze na lepsze. Myślę, że w życiu chodzi o to, by zmieniać się każdego dnia. Małymi krokami, powolutku, w swoim tempie codziennie wprowadzać coś, co sprawi, że stanie się ono lżejsze i przyjemniejsze. W trakcie tej transforamacji musimy też myśleć o innych ludziach. Czasami troszkę posłuchać. Ale przede wszystkim zrozumieć samego siebie.

 

Nie wiem zatem, czy możemy zmienić siebie i swoje życie na zawołanie. Ja potrzebowałam bodźca, a potem kiludziesięciu miesięcy czasu, żeby to sobie wszystko poukładać. Poza bodźcem, kosztowało mnie to (uwierzcie) wiele siermiężnej pracy nad samą sobą…

… Wstawałam rano po tysięcznej nieprzespanej nocy i robiłam wszystko, by w ciągu dnia dać sobie jak najwięcej pozytynych emocji. Płakałam do poduszki, a potem myłam twarz, ubierałam rolki i jechałam na słońce, żeby wprawić się w dobry nastrój. Kupowałam kwiaty, których nie znosiłam, żeby wprowadzić w swoje życie więcej harmonii. Zaczęłam organizować sobie czas, żeby nie gubić się w chaosie. Porzuciłam ludzi, którzy byli w moim życiu bezwartościowi. Zmuszałam się do częstych kontaktów z rodziną, żeby ocieplić nasze stosunki i na nowo nad nimi pracować. Zaczęłam żyć według swoich reguł, wedle swoich wartości, ale nadal respektując zdanie innych… (…) Innymi słowy – każdego dnia, niezależnie od nastroju, od pogody, od sytuacji ZMUSZAŁAM SIĘ DO SZCZĘŚCIA.

 

I to zadziałało – bo zaczęłam samoistnie zapominać o nieszczęściu, bo w moim życiu zaczęło pojawiać się więcej pozytywów niż negatywów. I tak dzień po dniu, co raz więcej, co raz częściej… Aż do dziś, kiedy zrozumiałam, że już od długiego czasu jestem NIE-NIESZCZĘŚLIWA. I chociaż ciężko mi to zrozumieć i wydaje mi się to ciągle trochę niemożliwe, to stało się to naturalną częścią mnie. I najlepszym przykładem, że w życiu wszystko można obrócić na swoją korzyść.

 

Czasami coś się musi stać.

 

A później trzeba już tylko i po prostu tego chcieć.

 

Żeby obudzić się pewnego dnia i zobaczyć, jak daleko już się jest.

 

***

Pytanie, co z moją weną? Cóż, skoro dopiero uczę cieszyć się szczęściem, to muszę również nauczyć się nim dzielić z innymi. Lekcja 1 – odrobiona! Mam nadzieję, że przynajmniej na dobry z plusem 😉

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *