Sekret Anciowo

Nikt nie może Cię uratować, tylko Ty sam. A wart jesteś uratowania. Niełatwo będzie zwyciężyć w Twojej wojnie, ale jeśli w ogóle coś warto wygrać – to właśnie ją.  – Bukowski

Długo nie pisałam. Wiem. Ale muszę się wam przyznać, że czasami ‚bycie tu’ i ujawnianie tego, co myślę i czuję nie przychodzi mi zbyt łatwo. Nie jestem do końca szczera w tych moich wyznaniach, a gdzieś w środku wiem, że chyba powinnam. Długo się zastanawiałam, jak ująć to wszystko w jedną sensowną wypowiedź. Nie otworzyć się za bardzo, ale jednak powiedzieć to, co leży mi na sercu – jeszcze nie zabrzmieć jak drama queen.

Przede wszystkim znalazłam i stworzyłam to miejsce z kilku powodów. Po pierwsze, żeby pomóc sobie. Po drugie, żeby pomóc innym. Chciałabym, żeby ludzie nie czuli, że są sami. Żeby wchodząc tu przez chwilę pomyśleli, że życie innych ludzi nie zawsze jest idealne i malowane jak ze zdjęć. Być dla kogoś oparciem – dać do myślenia.

No to zaczynam (choć nie jest mi łatwo).

Niecałe trzy lata temu moje życie rozpadło się na milion, trylion drobnych kawałeczków. Jeśli miałabym to określić jakoś ładnie, to powiedziałabym, że świat zwolnił. Dla większości patrzących z boku po prostu rozpadł się mój 8-letni związek. Ale dla mnie…dla mnie w tamtym momencie życia przelała się ostatnia kropla z brzegów szklanki, której nie miałam siły już udźwignąć.

Przez wiele lat mojego życia walczyłam z wiatrakami. Dorastałam w domu trudnym, pełnym emocjonalnych sinusoid, kłótni, wzniesień i dołów. I pomimo całej miłości moich rodziców – bardzo mi tej miłości, bezpieczeństwa i zwyczajnego ciepła brakowało.

W każdym bądź razie, krótko mówiąc, chyba nigdy nie radziłam sobie z moimi emocjami. Od małego płakałam o wszystko. Później było już tylko gorzej. Kłótnie, wybuchy agresji, rozpacz, smutek. Gdzieś między tym wszystkim ja – radosna, uśmiechnięta i przebojowa dziewczyna. Chodzący paradoks.

Musicie wiedzieć, że byłam naprawdę koszmarna. I ludzie wkoło to widzieli. I największy paradoks polegał na tym, że ja lgnęłam do tych ludzi w potrzebie ciepła, miłości i akceptacji, ale moja czarna natura wszystko chrzaniła. Nienawidziłam siebie. Chyba nigdy nie kochałam się jako osoby. Zawsze czułam się gorsza, brzydsza niewystarczająco dobra. Wzbudziła się we mnie chora potrzeba rywalizacji, walki z innymi ludźmi, pragnienia bycia najlepszej. Zaczęłam obsesyjnie dążyć do sukcesu, pieniędzy, osiągnięć. Traktowałam ludzi, jak gorszą kategorię. Byle tylko samej się tak nie czuć.

Ale kiedy już kogoś dopuściłam do środka… To wierzcie mi – oddałabym za tą osobę życie. To właśnie Ci ludzie wiedzieli, jaka jestem naprawdę. I to właśnie im obrywało się najbardziej. Bo lubili mnie, kochali – ale nie mogli ze mną wytrzymać. I tak żyłam – dręcząc siebie i innych za wszystko, co mnie bolało. Zapadając się tak naprawdę co raz bardziej w czarną dziurę. W swoje myśli, smutki, łzy, złości.

Zamiast cieszyć się najlepszymi latami swojego życia – popadałam w co raz większy chaos i zabierałam sobie sama szczęście. Moja walka z całym światem i z własnymi emocjami przesłoniła mi cały świat. Zabierała mi coś o wiele ważniejszego niż samo życie – zabierała mi mnie.

I wtedy. Trzy lata temu. Zostawił mnie także ktoś naprawdę dla mnie ważny. I to był ten moment, w którym wzięłam ostatni rozbieg – rzuciłam studia, wyprowadziłam się i zostałam managerem – ostatni rozbieg, którym walnęłam całym ciałem prosto w dół.

.

.

.

Bo pewnego pięknego dnia obudziłam się z depresją, lekami w szafce i brakiem odbicia w lustrze.

 

 

Ostatnie lata były najtrudniejszymi w całym moim życiu.Długimi dniami i nocami w walce o samą siebie. Nauczyłam się wiele. Zrozumiałam, że każdą walkę zaczynamy od samego siebie. Nie chcemy tego robić, bo to jest najtrudniejsze z możliwych starć. Ale tylko wtedy możemy żyć szczerze i prawdziwie – tylko wtedy otwiera się przed nami świat.

 

Ot cały sekret anciowo.

 

Chciałam wszystko co złe,  przekuć wreszcie w coś, co jest dobre, szczere i prawdziwe. I to pomoc dla mnie. A jeśli przy okazji pomogę komuś, kto być może podobnie jak ja kiedyś uderza głową w ścianę… To napiszę to chociażby dla jednej osoby. 

 

 

 

 

 

3 comments Add yours
  1. Hej. Fajny tekst. Innym więcej takich ludzi, tym bardziej uświadamiamy sobie że nie jesteśmy rąbnieci tylko są na świecie osoby które czują tak jak my. Ja akurat nie wybucham, gryzie wszystko w sobie. Ale gdzieś tam podobnie. Pozdrawiam

    1. Nie jest łatwo mówić o swojej „rąbniętej” części, ale przecież każdy z nas ma taką stronę. Myślę, że od wybuchania emocjami mimo wszystko dużo trudniejsze jest chowanie ich w sobie, bo może nie jest się takim męczącym dla innych, to można czasami zamęczyć sięz samym sobą. Czasami trzeba dać emocjom poszaleć 😉

      Dziękuję za miłe słowa i również pozdrawiam! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *