#metoo tylko inaczej

Oglądałam niedawno typową śniadaniówkę, a niej reportaż o trichotillomani. Dla niezorientowanych jest to obsesyjna potrzeba wyrywania sobie włosów z głowy, czasem także innych części ciała, łączona najczęściej z zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi. Fajnie, myślę sobie, bo wreszcie w telewizji mówi się o nietypowych problemach związanych poniekąd z naszą psychiką ludzką. I wtedy przychodzi czas na wywiad z bohaterką reportażu. A tam – siedzi tyłem kobieta, zgarbiona, ubrana na czarno, ze zmienionym głosem i opowiada swoją historię. – Nosz kurwa – mówię nieładnie. Do jasnej nie wiadomo jak ciasnej (no może jednak wyraziłam się równie brzydko jak poprzednio), dlaczego ona zakrywa twarz? – pytam na głos. Zaintrygowany M. nie wie o co mi chodzi. No jak to o co? Postanowili zrobić reportaż o chorobie, żeby uświadamiać ludzi, za chwilę ekspertka w okularach (nie psycholog, nie psychiatra ,a TRYCHOLOG – co by nie było zbyt psycho w telewizji śniadaniowej) poważnym głosem wypowiada się o owym problemie, prowadzący zadają pytania, żeby poznać na ten temat jak najwięcej odpowiedzi. Wszystko pięknie, ale ta kobieta się przecież WSTYDZI. Siedzi tam w tym szklanym oknie niczym świadek koronny. W tym samym czasie połowa moich koleżanek na Facebooku udostępniła hasztagi #metoo, a wielkie sławy przyznają się do bycia molestowanymi, czy nawet gwałconymi. A tymczasem jakaś kobieta wstydzi się, że zupełnie nie z jej winy wyrywa sobie stale włosy z głowy. Wstydzi się swojej psychiki. Żyjemy w czasach, w których łatwiej przyznać się bycia obmacywaną (co jest oczywiście równie ważne, by o tym mówić), niż do tego, że nasza psychika płata nam figle.

Wkurzyłam się i zbulwersowałam, nie powiem, że nie. Chodziłam jeszcze chwilę do domu i psioczyłam pod nosem, a M. ze stoickim (zupełnie w jego stylu) spokojem tłumaczył mi, że przecież ona ma znajomych, ma pracowników, że będą gadać, że on ją rozumie. A ja sobie wtedy pomyślałam właśnie, że jej nie rozumiem. Bo chcemy mówić o sprawach ważnych, o tych, które na co dzień zamiatamy pod dywan. A warto dodać w tym miejscu, że (cytuję Pezeta) żyjemy w „czasach beki”, czyli przyklejamy amerykańskiego banana na twarz, w sumie na wszystko mamy wyjebane i cynizm to nasze drugie imię. No więc chcemy mówić o tych sprawach, o których się raczej teraz nie mówi, ale nie mówimy o nich do końca. Tak jakby zaznaczamy tylko część prawdy, a resztę chowamy pod dywan, tak jak ta pani schowała swoją twarz. Bo kim by się stała dla swojego otoczenia – tą, która wyrywa sobie włosy? Być może.

Oj myślałam o tym, długo myślałam. Temat mi bliski, bo jak wiecie sama kiedyś przyznałam się do załamania. I im więcej myślałam, tym bardziej zaczynałam jednak rozumieć tą kobietę. Pamiętam, jak pierwszy raz chciałam napisać tu swoją historię. Chciałam to wyrzucić z siebie, miałam dość okłamywania wszystkich dookoła, że sobie radzę, miałam dość uśmiechu na twarzy i pustego środka zarazem. Z miesiąc zbierałam się do napisania czegokolwiek. Nawet raz udało mi się napisać te moje wypociny, które koleżanka skwitowała – za bardzo serio Anka, za smutne, ludzie nie chcą się dołować, musisz napisać to bardziej rzeczowo. Fuck, napisz sobie rzeczowo, kiedy w środku jesteś wyniszczonym przez własną psychikę człowiekiem, kiedy chcesz przelać każdą emocję i podzielić się z nią, byle nie być z tym samym. W końcu udało mi się – napisałam gniota, z którego w tamtym czasie byłam bardzo dumna, jest tu do dziś. Było treściwy, rzeczowy, padło szybkie słowo „depresja„, malutkim druczkiem „leki” i że teraz to już właściwie jest wszystko dobrze. Jakaż ja byłam odważna. A w rzeczy samej zrobiłam to samo, co ta kobieta. Pokazałam tylko fragment. Owszem była tam moja twarz, ale zabrakło prawdy. Bo gdzieś w środku cholernie wstydziłam się tego, że choruję. A najbardziej wstydziłam się tego, że zażywam leki. Nienawidziłam tego. Z każdą odebraną receptą czułam palący mnie od wewnątrz wstyd za to, jaka jestem. Pytałam się wtedy – dlaczego ja? Inni ludzi radzą sobie sami, może ja też sobie poradzę. Wzrok farmaceutek w Aptece wydawał mi się mówić – to ona, chora, ułomna, dziwna, inna niż wszyscy. Zdarzało mi się mówić ludziom – tak, choruję, mam załamanie. I pomimo, że wydawałam się tak bardzo pewna siebie mówiąc to, kątem oka oceniałam jednak ich wzrok i czytałam w ich myślach. I pisząc to, wiedzcie, że  nadal się wstydzę.

Nie mam pojęcia, dlaczego wśród towarzystwa tak chętnie opowiadamy o tym, jak bardzo nas dręczą migreny, czy sraczka, a nie potrafimy mówić o chorobach związanych z psychiką. Skąd to się wzięło u licha? Dlaczego tak chętnie uczą nas o wszystkich narządach człowieka, w tym o mózgu, a nie mówią nam nic o jego niesamowitej zawiłości. Karzą nam dbać o płuca, nerki i wątrobę, a nikt nie uczy nas o małego jak pielęgnować tę tajemniczą sferę. A później kobieta, która po prostu wyrywa sobie włosy, która nawet nie wie, dlaczego to robi, wstydzi się w ogóle o tym mówić. Jest w tym jakaś drażniąca mnie niesprawiedliwość. Bo czuję się tą kobietą i milionem innych ludzi, których los obdarował taką, a nie inną ułomnością. Która niejednokrotnie boli i męczy dużo bardziej niż inne jednostki chorobowe. Ktoś, kto nie był raz zamknięty w zakamarkach swojego umysłu pewnie nigdy tego nie zrozumie. Nie wymagam tego od świata, ale chciałabym, żeby wreszcie stało się to tak normalne, jak wyznanie, że jest się alergikiem. Tworzymy memy pt. „Witaj depresjo, czego się napijesz – kawy? Herbaty? Czy może od razu kieliszek wódki?”, a wciąż wstydzi nas mówienie o tym na poważnie.

Chadzam od paru miesięcy na terapię. Zdecydowałam się na nią po niemal 27 latach mojego życia. Po Bóg wie ilu nieprzespanych nocach, lękach, bezsilnościach. Byłam na to gotowa dopiero wówczas, gdy otrzymałam wsparcie i motywację od drugiego człowieka. Od kogoś, przy kim nie musiałam udawać, że jest mi do śmiechu, albo że wcale się nie boję, a przede wszystkim, kto jako pierwszy powiedział – nie masz się czego wstydzić. Zdecydowałam się na to będąc dopiero świadomą swoich niedoskonałości i problemów, będąc już pewną siebie, otoczoną opieką, gdzie cześć pracy wykonałam już sama. Pomyślcie sobie, jak trudne to musi być dla człowieka, który nie ma tego wszystkiego. A mimo to, że posiadam ten komplet, wciąż wstydzę się wychodząc z gabinetu.

Obiecałam sobie kiedyś, że będę pomagać ludziom z problemami. Nie żartowałam. Wiem, że to zrobię. Nie wiem jeszcze jak, nie wiem kiedy, ale ta terapia jest pierwszym krokiem do rozliczenia się z samą sobą, do porzucenia wstydu za to, kim jestem i jaka jestem. Bo chciałabym kiedyś pomagać tym młodym ludziom, którzy boją się sobie pomóc. I nie dlatego, że tej pomocy nie chcą, tylko dlatego, że tak bardzo się wstydzą przed innymi tego, że tej pomocy potrzebują. Nie wstydźcie się proszę. Jeśli wielcy ludzie przyznają się do tego, że zostali nie z ich woli skrzywdzeni przez innego człowieka, to wy również możecie otwarcie przyznawać się do tego, że zostaliście skrzywdzeni, tylko inaczej, ale wciąż bez waszej woli. Tylko, że Ci pierwsi często nie mogli powiedzieć nie i zawalczyć, a wy wciąż możecie to zrobić. Dlatego, że jedyną przeszkodą (choć brzmi to jak coachinogwy bullshit) jesteście WY SAMI.

#metoo czyli ja też zostałam dotknięta przez własną psychikę, ale nie chcę i nie mogę się tego wstydzić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *